Część piąta

W dwa tygodnie później...

Jego twarz zdradzała wyraźne podniecenie. Ukrył komórkę w kieszeni i z ukontentowaniem zatarł ręce.

— Zatelefonowała? — Robert niedbale opierał się o metalową balustradę. Miał na sobie miarową granatową kurtkę z firmowym nadrukiem. Nie był w stanie swym wątłym ciałem zasłonić kształtów spoczywającego tu gigantycznego flacetariańskiego krążownika. Z wysokości antresoli krzątający się po wykutym w skale olbrzymim hangarze inżynierowie i technicy przypominali mrówki. — To świetnie. Nie musimy główkować nad tym, jak uwiarygodnić twoją obecność na Majorce — kiedy to mówił, oczy miał szczere i odrobinę rozbawione.

Delorme odkaszlnął w dłoń.

— Nie wyrzuciła mojej prywatnej wizytówki — usiłował wstydliwie usprawiedliwić Genesis.

Czuł ulgę. Nie spodziewał się, że kosmitka wróci. Od dwóch dni monitorowano jej wyczyny na Balearach. Pojawiła się w towarzystwie trzech Namorianów, którzy po wylądowaniu wcielili się w młodych Hiszpanów. Dopadli zabawiających się na leśnej polanie turystów. Czwarty pozostał w NA-13, umykając gdzieś w przestrzeń kosmiczną.

— To poszukajmy Betty — rzekł rudzielec. — Zobaczymy, co nam powie.

Komisarz zatrzymał go na chwilę.

— Wiesz, co? — poprosił. — Jeżeli szykują się jakieś niespodzianki, wolałbym o nich usłyszeć od ciebie, nie od niej — wyznał ze smutnym grymasem na ustach. — Ona mnie onieśmiela.

Tamten wyprostował się i nienaturalnie odrzucił do tyłu ramiona.

— Serio? Wydaje mi się przystępna. I seksy — nie zgodził się z paryskim gliną. — Właściwie, to nie jestem uprawniony, ale co mi tam... — nieoczekiwanie ustąpił. — Sprawy mają się tak... — zaczął objaśniać. — Ci chłopacy buńczucznie wymyślili, że przejmą we trójkę władzę nad Ziemią. Zupełny absurd — na moment pogrążył się w zadumie. — Sądzą, że drogą kolejnych wcieleń i zmian tożsamości dotrą do tego, kto włada tą planetą. Dlatego jesteś im potrzebny — ożywił się, kątem oka śledząc przechodzącą Murzynkę z centrum nasłuchu. — Chcą zacząć od ciebie. To był pewnie główny powód tego, że się nagle odezwała.

— Ach, tak? — komisarz nie tego się spodziewał. Agent zadał mu cios poniżej pasa. Liczył jak sztubak na to, że słodka Genesis odwzajemni jego uczucia. Z ponurą miną obejrzał czubki swoich butów.

— A poza tym kończy im się szmal — Robert nadal bezlitośnie pozbawiał go złudzeń. — Mają nadzieję, że dorwą się do twojego konta. — Zajrzał mu w oczy i zaraz dorzucił: — Tyle wynika z ich niektórych rozmów. Ale trzeba wziąć poprawkę na ich grę. Lawirują, przywdziewają maski i nie są szczerzy. Nie ufają sobie nawzajem. To przecież istoty, pozostające od dawna w stanie totalnego zagrożenia. Zatem zdegenerowane. Jakie więc są prawdziwe intencje tej laski — zakończył — wywnioskujesz dopiero na wyspie, kiedy ją zobaczysz.

Ruszyli szukać agentki, ale komisarz znowu złapał rudzielca za rękaw.

— A jak z tą mikrobiologiczną osłoną, zabezpieczającą organizm przed ich atakiem?

Robert skrzywił się przezabawnie.

— Po tych trzech seriach szczepień, które przeszedłeś, nie powinna zawieść. Nie ma powodu do obaw — klepnął go w ramię jak starego kumpla, nie chcąc, żeby bez końca dreptali w miejscu.

Komisarz nadal zwlekał. Nurtowały go jakieś wątpliwości.

— A czy ona?.. Z nimi?.. — wstydliwie wybąkał, przełamując ostatnie opory. W gruncie rzeczy tylko to go niepokoiło.

Spłoszony tym pytaniem rudzielec uciekł spojrzeniem gdzieś w bok.

— Z materiału filmowego wynika, że nie — wyklarował. — Tym niemniej jednego wyróżnia. To See. Wczoraj trzymali się za ręce, idąc na plażę. (...)


28 lutego 2005 r.


Kolejne części utworu

Część 1
Na zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z nieco rozmazanym makijażem.
Część 2
Na znieruchomiałej w przedśmiertnym skurczu twarzy Marca rysowało się koszmarne przerażenie. Nienaturalnie zwinięte zwłoki leżały wciśnięte w kąt między szafkami z narzędziami. — Niech pan patrzy! — Filip pokazał komisarzowi otwór w skroniach wielkości monety. — Pokurcz, który tu był, prawdopodobnie wyssał mu płaty czołowe — odkrywczo rozsądził, chcąc popisać się przenikliwością. — A wcześniej przetrącił mu kręgosłup.
Część 3
THALYS, NachtZug, EuroCity — rzucił Robert, nie odrywający wzroku od monitora laptopa. — Kupa zbędnej roboty, a przecież nic się nie stało.
— Nigdy nie mów "hop", dopóki nie przeskoczysz! — odparła, mimochodem zerkając na zegarek. — Powinni wysiąść o 12. 30. O ile się nie spóźni. — Chwilę milczała, wyglądając przez okna kawiarenki przy Alejach Jerozolimskich. Była niewyspana i przygnębiona.
— Ale jajca — poderwał się rudzielec. — Zobacz! Artur przysłał fotki z pociągu. Nie chce się wierzyć, jakie gołąbki... Te są z restauracyjnego, a te...
Część 4
Była ciemna noc. Wskazówki zegara pokazywały pierwszą dwadzieścia cztery. Delikatnie pieścił jej ponętne gładkie ramię, wystające spod kraciastego koca.
— I znowu muszę cię budzić, śpiochu — szeptał jej przy uchu. — Wstawaj, słodka Esmeraldo. Czeka nas żółty alarm. Cały nasz misterny plan poszedł w drzazgi.
Uniosła się na łokciu, prawie nie otwierając oczu. Kurczowo złapała go za nadgarstek, chcąc czym prędzej znaleźć się na powrót w jego bezlitosnym, ale realnym świecie.
Część 5
Jego twarz zdradzała wyraźne podniecenie. Ukrył komórkę w kieszeni i z ukontentowaniem zatarł ręce. — Zatelefonowała? — Robert niedbale opierał się o metalową balustradę. Miał na sobie miarową granatową kurtkę z firmowym nadrukiem. Nie był w stanie swym wątłym ciałem zasłonić kształtów spoczywającego tu gigantycznego flacetariańskiego krążownika. Z wysokości antresoli krzątający się po wykutym w skale olbrzymim hangarze inżynierowie i technicy przypominali mrówki. — To świetnie. Nie musimy główkować nad tym, jak uwiarygodnić twoją obecność na Majorce — kiedy to mówił, oczy miał szczere i odrobinę rozbawione.