Część czwarta

Usłyszał umówione stuknięcie i w kiepsko naoliwionych zawiasach cicho skrzypnęły otwierane drzwi. Mimowolnie obejrzał się za siebie. Uniósł brwi.

— Tylko pół godziny? — zapytał z nutą ironii. — Aha, nie było Supermana.

Weszła do pokoju ze skwaszoną miną. Świetnie się prezentowała w obcisłej bluzeczce w paski.

— Drętwi jacyś. Bez polotu. Pewnie się rozkręcą dopiero około północy. Zero fantazji.

Wrócił do klawiatury.

— Doskonale trafiłaś — pocieszył agentkę. — Intuicja cię nie zawiodła. Właśnie uporali się z kolacją i idą do siebie.

Zatrzymała się za jego plecami.

— Przyniosłam ci puszkę coca-coli — wymamrotała. — A tu z powrotem te dwie dychy — podała mu przez ramię wymięty banknot.

Wziął i niespiesznie schował do wydobytego portfela.

— O, są już w środku — oznajmił. — Zapaliły się boczne światła.

— To jego apartament? — próbowała się upewnić.

— Uhm! — potwierdził.

— Zadzwoń do Artura i zapytaj, czy nie zapomniał o afrodyzjaku.

— O czym? — zrobił wielkie oczy.

— Nie mówiłam ci? Dostałam ten środek od Waltera. Działa w bukiecie odświeżająco-zapachowym, który wkłada się do kontaktu.

— Serio? Nie mówiłaś. Teraz już za późno, żeby mu o tym przypominać. Ale jak go znam, to na pewno tego nie przeoczył. — Uderzył się ręką w czoło niby to w nagłym olśnieniu. — Coś takiego i mnie by się przydało — rzekł z ożywieniem.

— Akurat — wycedziła z przekąsem. — Tobie? Wiem, co byś z tym zrobił.

— He, he, he! — zarechotał. — Na wszelki wypadek posprawdzaj gniazdka elektryczne.

Odeszła od niego i szeroko otworzyła okno. Do pokoju wdarło się wieczorne powietrze. Z oddali dobiegał trel słowika.

— To jest zawsze najlepszy sposób — popisała się pomysłowością. — Świeżutki łyk tlenu.

Oparła się łokciami o parapet i zapatrzyła się w ciemne niebo. Widniał na nim blady sierp księżyca.

— Jasny gwint, zaczyna się... — Robert oderwał ją od wieczornych medytacji. — Świeże powietrze w Warszawie? Całują się!

Odwróciła się od okna.

— Nie będę na to patrzeć — mężnie postanowiła. — Ty mi krótko mów, co się tam dzieje.

Rypnęła całym ciałem na łóżko i ułożyła się wygodnie, podkładając sobie poduszkę pod głowę. Zaczęła się bawić pozostawionym sztyletem.

— No więc... excusez du peu... kilka ciasnych figur. Obejmują się i pieszczą. On ją zaczyna roz-bie-rać... — chłodno relacjonował. — Zero tremy przed występem. Musieli w siebie wlać morze wina.

— Ma pod spodem czarną haleczkę?

— A jak... — cmoknął z uznaniem. — Szczuplutka, ale z seksapilem. Ha! — po chwili dorzucił z dumą, odsuwając się od laptopa. — Dali mi to wreszcie na cały ekran. Jak w telewizji. Klasa! Z trzech kamer. No... — znacząco gwizdnął. — Ona uklęknęła przed nim i... Boże ty mój!.. — jego głos przeszedł w teatralny szept. Udał, że w niewiarygodnym zawstydzeniu zasłania sobie oczy, lecz nadal patrzył przez rozłożone palce. — Ależ on ma wielkiego ptaka... Nie widziałem takiego, jak żyję — wychrypiał z zachwytem. — Niespotykana anomalia...

Nie wytrzymała i zwinie zerwała się z łóżka, stając mu za plecami. Rzuciła okiem na to, co działo się na ekranie.

W jednej chwili się połapała.

— Ty wredny świntuchu! — parsknęła ze złością. — Podpuściłeś mnie, chamie jeden. Normalnego ma, do diabła! — Wróciła tak gwałtownie na łóżko, że aż jęknęły sprężyny. — Zrób mi jeszcze raz taki numer, cwaniaku, a wyfruniesz przez okno — ostrzegła go. — Z oberwanymi jajami — pogroziła mu ostrym sztyletem. Lecz już po chwili dużo spokojniej dorzuciła, nie kryjąc determinacji: — Doskonale się orientujesz, że seks będę uprawiać tylko z facetem, który zostanie moim mężem. Nigdy wcześniej. Więc mnie nie prowokuj!

Mimowolnie przytaknął, nie przywiązując do jej wybuchu większej wagi.

— Teraz zaczynają na ostro — oznajmił. Nagle ziewnął, oparł się o krzesło i z ulgą założył ręce za głowę. Spoważniał. — No, nie, nie chciałem ci deptać po odciskach — zaczął się usprawiedliwiać. — Dobrze wiesz, że cię szanuję i tak dalej. Ale w każdym siedzi taki psotliwy chochlik, który czasami...

— Taki mały skurwysynek — wpadła mu w słowa — który musi sprawdzić, czy nie da się rozwalić zabawki, na którą starzy wydali krocie...

— Dokładnie — potwierdził po chwili. — Już skończyli. Błyskawicznie się z nią uporał. Teraz zwlókł się z łóżka i człapie do łazienki. Szkoda, że nie było głosu...

— Oj, krasnalu, krasnalu... Gdybyś mnie nie cenił — pobiegła myślami za jego krótką spowiedzią — byłby z nas zespół do kitu. Na tym stoimy od dwóch lat.

Pochylił się nad ekranem.

— Mam zbliżenie na jej śliczną buźkę — kłapnął. Zabawnie przekrzywił głowę. — Wydaje się... taka ludzka i... heh... szczęśliwa. (...)


14 lutego 2005 r.
więcej

Kolejne części utworu

Część 1
Na zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z nieco rozmazanym makijażem.
Część 2
Na znieruchomiałej w przedśmiertnym skurczu twarzy Marca rysowało się koszmarne przerażenie. Nienaturalnie zwinięte zwłoki leżały wciśnięte w kąt między szafkami z narzędziami. — Niech pan patrzy! — Filip pokazał komisarzowi otwór w skroniach wielkości monety. — Pokurcz, który tu był, prawdopodobnie wyssał mu płaty czołowe — odkrywczo rozsądził, chcąc popisać się przenikliwością. — A wcześniej przetrącił mu kręgosłup.
Część 3
THALYS, NachtZug, EuroCity — rzucił Robert, nie odrywający wzroku od monitora laptopa. — Kupa zbędnej roboty, a przecież nic się nie stało.
— Nigdy nie mów "hop", dopóki nie przeskoczysz! — odparła, mimochodem zerkając na zegarek. — Powinni wysiąść o 12. 30. O ile się nie spóźni. — Chwilę milczała, wyglądając przez okna kawiarenki przy Alejach Jerozolimskich. Była niewyspana i przygnębiona.
— Ale jajca — poderwał się rudzielec. — Zobacz! Artur przysłał fotki z pociągu. Nie chce się wierzyć, jakie gołąbki... Te są z restauracyjnego, a te...
Część 4
Była ciemna noc. Wskazówki zegara pokazywały pierwszą dwadzieścia cztery. Delikatnie pieścił jej ponętne gładkie ramię, wystające spod kraciastego koca.
— I znowu muszę cię budzić, śpiochu — szeptał jej przy uchu. — Wstawaj, słodka Esmeraldo. Czeka nas żółty alarm. Cały nasz misterny plan poszedł w drzazgi.
Uniosła się na łokciu, prawie nie otwierając oczu. Kurczowo złapała go za nadgarstek, chcąc czym prędzej znaleźć się na powrót w jego bezlitosnym, ale realnym świecie.
Część 5
Jego twarz zdradzała wyraźne podniecenie. Ukrył komórkę w kieszeni i z ukontentowaniem zatarł ręce. — Zatelefonowała? — Robert niedbale opierał się o metalową balustradę. Miał na sobie miarową granatową kurtkę z firmowym nadrukiem. Nie był w stanie swym wątłym ciałem zasłonić kształtów spoczywającego tu gigantycznego flacetariańskiego krążownika. Z wysokości antresoli krzątający się po wykutym w skale olbrzymim hangarze inżynierowie i technicy przypominali mrówki. — To świetnie. Nie musimy główkować nad tym, jak uwiarygodnić twoją obecność na Majorce — kiedy to mówił, oczy miał szczere i odrobinę rozbawione.