Część trzecia

— THALYS, NachtZug, EuroCity — rzucił Robert, nie odrywający wzroku od monitora laptopa. — Kupa zbędnej roboty, a przecież nic się nie stało.

— Nigdy nie mów „hop”, dopóki nie przeskoczysz! — odparła, mimochodem zerkając na zegarek. — Powinni wysiąść o 12. 30. O ile się nie spóźni.

Chwilę milczała, wyglądając przez okna kawiarenki przy Alejach Jerozolimskich. Była niewyspana i przygnębiona.

— Ale jajca — poderwał się rudzielec. — Zobacz! Artur przysłał fotki z pociągu. Nie chce się wierzyć, jakie gołąbki... Te są z restauracyjnego, a te...

Skwapliwie przysunęła sobie krzesło i wpatrzyła się w ekran.

— Mon Dieu, on ją obejmuje — wyrzekła, nie wierząc własnym oczom.

— Udało ci się — pochwalił partnerkę. — W roli swatki jesteś bezbłędna. Tylko nie pal się do tego, żeby tu odtańczyć taniec zwycięstwa. Nie możemy zwracać na siebie uwagi.

Oparła się i głęboko odetchnęła. Miała na sobie ciuchy à la Britney Spears z pępkiem na wierzchu.

— Co za jakość? Moją cyfrówką z supermarketu takich nie zrobię.

— To co? Odwołać tych twardzielów od mokrej roboty? — zapytał.

Pokręciła przecząco głową.

— Jeszcze nie. Muszą być zdolni do ostatniej chwili do ostrego cięcia. Gotowość bojowa. Dopóki ta dwójka nie wysiądzie.

— Dobra. Ale wpisuję tu godzinę 12. 30.

— Wpisz 13. 00 — poprosiła go. Była przewidująca i przezorna. — W tym kraju pociągi się spóźniają.

— Pójdzie w błoto następnych kilkaset tysięcy dolarów — próbował ją przestrzec przed kolejnym pochopnym krokiem. — W dwa dni wydaliśmy tyle, ile wynosi kwartalny budżet sekcji. Wpisałem 13. 30 — oznajmił, idąc jej na rękę. Oderwał dłonie od klawiatury. — Czy zgłosiłaś, że potrzebujemy szmalu? Księgowy nas wykończy.

Przytaknęła.

— Powiadomiłam Hybrydę — przyznała się, ale bez entuzjazmu.

— Jaka suma wchodzi w grę? — usiłował ją delikatnie wysondować.

— Eee... dwadzieścia razy większa niż sugerowałeś — rzekła opieszale.

— Jezuuu! — złapał się za głowę. — Nie kpisz? Serio? — zrobił wielkie oczy. — Powiedzą, że mamy nierówno pod dachem. Wezmą nas za debilów do entej potęgi... — był wstrząśnięty takim ryzykiem. — Zmiotą nas z powierzchni ziemi, jeśli coś nam nie wypali.

Była uparta i znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że się nie cofnie. Szła jak kamikadze. I pewnie dlatego do tej roboty brali takie przebojowe młode babki. Faceci się asekurowali, tchórzliwie chowając się za przepisy.

— Genesis MUSI być naszą łączniczką — wybąkała, pewna swych racji. — Tamci trzej sprzątnięci Namorianie do tego się nie nadawali. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak dalece ona jest już Ziemianką — wykładała swoje karty na stół. — Znalazła się na tej planecie, kiedy miała cztery lata i tu spędziła dzieciństwo i młodość. Stanie po naszej stronie.

— Sadzisz, ze Delorme ją przekona? — nie do końca był przeświadczony o skuteczności takiej strategii.

— Dokładnie. Ale najpierw muszą ze sobą pobyć dzień lub dwa... — cichutko westchnęła i przez krótką chwilę Robertowi się wydawało, ze Betty najchętniej zajęłaby miejsce tamtej laski u boku komisarza. No, ale skoro uważała, że facet jest seksy... — Myślę, że kiedy ujrzy statek kosmiczny, którym przed laty tu przyleciała, wyzbędzie się resztek oporu. Weźmiemy ją do Arizony i pokażemy, na czym stoimy — snuła śmiałe plany.

Chyba ją rozumiał. Poszła na całego. Uczestniczył w akcji jej życia.

— Egzotyczny kraj — zmienił nagle temat. Do kawiarenki zajrzał jakiś żebrak i kelnerka go wyprosiła. — Bieda tu chyba dużo większa niż w Grecji.

Spojrzała na niego jakoś dziwnie. Potem zerknęła na zegarek.

— Pilnujesz mnie, żebym nie zasnęła?

— A cóż mamy teraz do roboty? — oparł się wygodnie i rozkosznie ziewnął, przeciągając się i szeroko rozkładając ramiona. — Możemy tylko czekać... i rozmawiać. Chyba wiem, dlaczego tu jest taka nędza. Połowa Polaków pod kreską. Bezrobotni bez zasiłków...

Wzruszyła ramionami. Akurat na tym polu czuła się pewnie.

— Stereotypy polityczne — przedstawiła swój punkt widzenia. — Polacy głosują według klucza światopoglądowego. Katolicy na swoich, a czerwoni na swoich. I rozliczają ich nie z rezultatów ekonomicznych, ale ze stopnia wierności afirmowanym ideom. Żarliwie oddana partii i jej lewicowym hasłom polityczna szycha będzie zawsze tu mile widzianym kandydatem. I to bez względu na to, ile odprowadzi do własnej kieszeni... Bo i tak ci szaraczkowi pozostaną głęboko przekonani, że ujawniane przez komisje śledcze szwindle były robione z myślą o bliżej nieokreślonym dobru ich prawdziwej matki, Rosji.

Pokręcił przecząco głową.

— To nie o to chodzi. Widzę błędy innego rodzaju. Czysta matematyka.

— Jakie? — zainteresowała się.

— W ciągu piętnastu lat ośmiokrotny spadek siły nabywczej złotego w stosunku do walut zachodnich. Ta tendencja uległa ostatnio zahamowaniu w stosunku do dolara, ale nie do euro. Rezygnacja z podstawowej wartości życia społeczno-ekonomicznego, jaką jest uczciwa indeksacja zarobków. Idiotyczne podatki...

— Aha, lecisz za Instytutem Adama Smitha. Do któregoś tam czerwca czy lipca Polacy pracują na utrzymanie państwa. Potem dla siebie...

Zbliżała się kelnerka w białym fartuszku i natychmiast przeszli na polski. Byli kameleonami.

— Jak obleję ten ostatni egzamin — rozpaczliwie jęknął Robert — to się powieszę. Nie znoszę Warszawy we wrześniu, do kurwy nędzy.

— Poradzisz sobie — pocieszyła go dziewczyna. — W zimowej poszło ci całkiem nieźle.

— Coś państwu podać?

— Kawa była niezła. Gdyby pani była tak miła i przyniosła nam jeszcze raz po jednej. Też z ekspresu. A poza tym... po pączku z budyniem. Widziałem w barze.

— A może po drinku? — życzliwie podpowiedziała.

Skrzywił się.

— To nie na naszą kieszeń — wyznał z zabójczą szczerością. — Zresztą, mamy w akademiku dużo tańsze. Chociaż ostatnio kolega podniósł cenę, bo cukier zdrożał...

— Też mi zabawne, zachowuj się! — fuknęła na niego dziewczyna. (...)


8 lutego 2005 r.
więcej

Kolejne części utworu

Część 1
Na zakryte kartonami martwe ciało natknął się nad ranem szukający resztek pożywienia trzęsący się żebrak — na tyle uczciwy, czy raczej aż tak przerażony, żeby powiadomić policję. Biedak skorzystał z mieszczącej się przy głównej ulicy budki telefonicznej, drżącą ręką wybierając numer. Nocą nieco kropiło, a przed świtem dawał się we znaki dojmujący chłód. Wyciągnięty wczesną porą z łóżka komisarz ze skupieniem przyglądał się delikatnej twarzy z nieco rozmazanym makijażem.
Część 2
Na znieruchomiałej w przedśmiertnym skurczu twarzy Marca rysowało się koszmarne przerażenie. Nienaturalnie zwinięte zwłoki leżały wciśnięte w kąt między szafkami z narzędziami. — Niech pan patrzy! — Filip pokazał komisarzowi otwór w skroniach wielkości monety. — Pokurcz, który tu był, prawdopodobnie wyssał mu płaty czołowe — odkrywczo rozsądził, chcąc popisać się przenikliwością. — A wcześniej przetrącił mu kręgosłup.
Część 3
THALYS, NachtZug, EuroCity — rzucił Robert, nie odrywający wzroku od monitora laptopa. — Kupa zbędnej roboty, a przecież nic się nie stało.
— Nigdy nie mów "hop", dopóki nie przeskoczysz! — odparła, mimochodem zerkając na zegarek. — Powinni wysiąść o 12. 30. O ile się nie spóźni. — Chwilę milczała, wyglądając przez okna kawiarenki przy Alejach Jerozolimskich. Była niewyspana i przygnębiona.
— Ale jajca — poderwał się rudzielec. — Zobacz! Artur przysłał fotki z pociągu. Nie chce się wierzyć, jakie gołąbki... Te są z restauracyjnego, a te...
Część 4
Była ciemna noc. Wskazówki zegara pokazywały pierwszą dwadzieścia cztery. Delikatnie pieścił jej ponętne gładkie ramię, wystające spod kraciastego koca.
— I znowu muszę cię budzić, śpiochu — szeptał jej przy uchu. — Wstawaj, słodka Esmeraldo. Czeka nas żółty alarm. Cały nasz misterny plan poszedł w drzazgi.
Uniosła się na łokciu, prawie nie otwierając oczu. Kurczowo złapała go za nadgarstek, chcąc czym prędzej znaleźć się na powrót w jego bezlitosnym, ale realnym świecie.
Część 5
Jego twarz zdradzała wyraźne podniecenie. Ukrył komórkę w kieszeni i z ukontentowaniem zatarł ręce. — Zatelefonowała? — Robert niedbale opierał się o metalową balustradę. Miał na sobie miarową granatową kurtkę z firmowym nadrukiem. Nie był w stanie swym wątłym ciałem zasłonić kształtów spoczywającego tu gigantycznego flacetariańskiego krążownika. Z wysokości antresoli krzątający się po wykutym w skale olbrzymim hangarze inżynierowie i technicy przypominali mrówki. — To świetnie. Nie musimy główkować nad tym, jak uwiarygodnić twoją obecność na Majorce — kiedy to mówił, oczy miał szczere i odrobinę rozbawione.